Bieszczadzkie Sine Wiry zwiedzane rowerem

Sine Wiry to jeden z punktów obowiązkowych do odwiedzenia podczas wakacji w Bieszczadach. Szlak jest co prawda dość mocno oblegany przez turystów, jednak z pewnością warto go poznać.

W tym roku nie udało się nam przejechać całej trasy, musieliśmy zmierzyć siły na zamiary i po spotkaniu z Łosiem z Zawoju, w towarzystwie którego zrobiliśmy sobie dłuższy postój na posiłek, zawróciliśmy. Wycieczkę bez większego problemu przebyliśmy rowerami, przy czym najmłodszy uczestnik liczył sobie 10 lat i cieszył się całkiem niezłą kondycją. 🙂

Nasza trasa:

Wycieczkę rozpoczęliśmy na parkingu pomiędzy Dołżycą i Bukiem. Oprócz zwiedzenia samego Rezerwatu chcieliśmy zrobić sobie przejażdżkę po drodze wzdłuż Solinki. Na początku trasa nie jest zbyt wymagająca, a dzięki  licznym zjazdom prowadzącym nad rzekę, mieliśmy dodatkowo wiele możliwości, żeby zrobić sobie krótki postój.

Solinka

Solinka

Po kilku kilometrach jazdy lasem dotarliśmy do miejsca, w którym zaczynał się nasz docelowy szlak. Rozpoczęliśmy podjazd kamienistą drogą. Trasę tę można nazwać przyjazną dla rodzin, mijaliśmy bowiem wiele osób, które wybrało się na wycieczkę ze swoimi najmłodszymi pociechami, często nawet z wózkiem o dużych kołach. Spotkaliśmy także wiele osób z psami.

Po jakimś czasie dotarliśmy do Przełomu Wetliny. Jest to wyjątkowe miejsce, w którym czas płynie inaczej, prawie się zatrzymuje. Pomimo tłumu turystów, bez problemu znaleźliśmy miejsce, w którym mogliśmy odpocząć z dala od zgiełku i zrelaksować się, a wszechobecny szum wody sprawiał, że obcowanie z naturą stało się jeszcze przyjemniejsze.

Przełom Wetliny

Byliśmy też pod ogromnym wrażeniem ilości oraz rozmiaru ryb, które podpłynęły, żeby się z nami przywitać…

Ryby - Przełom Wetliny

Wzmocnieni postojem i ciasteczkami, pojechaliśmy dalej, do miejsca, w którym odbijała od drogi ścieżka wgłąb lasu. Prowadziła ona znowu nad Wetlinę. Zostały tam przygotowane dla turystów ławy ze stołami. Zdecydowaliśmy się jednak je ominąć i zatrzymać na posiłek bezpośrednio nad rzeką, pod skałą z drzewem przypominającym kształtem łosia.

Jak głosi legenda, jeśli poziom wody w rzece podniesie się do tego stopnia, że łoś z Zawoju napije się jej, w niżej położonych wioskach z pewnością będzie powódź. Na szczęście, w tym roku powódź nie dotarła do bieszczadzkich wiosek.

Łoś z Zawoju

Po powrocie do trasy postanowiliśmy już w tym miejscu zawrócić. Droga powrotna zleciała nam zdecydowanie szybciej (znacznie więcej jechaliśmy z górki). Planujemy jeszcze tutaj wrócić, żeby dokończyć szlak. Naprawdę warto.

Termin wyjazdu: lipiec 2016